Dziś w cyklu spróbuję Wam przybliżyć postać jednego z najbardziej utytułowanych zawodników ISQ, najbardziej znanych, a zarazem jednego z tych najbardziej kontrowersyjnych. Dominik Janusz, znany jako Jasiek – tej postaci nie trzeba przypominać starszym uczestnikom zabawy, a zapewne i ci młodsi stażem słyszeli o nim wiele. Zapraszam do lektury.

Przeprowadzić wywiad z nim nie jest łatwo. Nie można się tak po prostu umówić na gadugadu, czy na innym komunikatorze, gdyż Jasiek mieszka w Australii i ciężko zgadać się na jeden termin, bo gdy on odpoczywa po pracy, u nas właśnie wstaje dzień – i na odwrót. Swoje pytania wysyłałem więc drogą mailową i oczekiwałem odpowiedzi – tak korespondowaliśmy kilka dni.
Ale koniec tego wstępu, rozpocznijmy wspominki, bo warto. Jasiek jest tym z quizowiczów, którzy pamiętają „pradzieje” ISQ. Wspomina, że podobne zabawy były organizowane już wcześniej, zanim powstała zorganizowana liga ISQ: - Po meczach żużlowych na czatach organizowało się zawody parowe. Nie było to jakoś specjalnie zorganizowane, ale fajnie się bawiło.
Pierwsze zawody ISQ rozgrywane były na IRC-u, ale wtedy Jaśka jeszcze nie było. Trochę mi opowiedział, jak to było z jego początkami w quizie: - Nie byłem przy tym, jak powstała ISQ w wersji “Miskowej”, ale dołączyłem do ligi po kilku kolejkach. Znajomy namówił mnie, żebym się pobawił, zwłaszcza ze brakowało im zawodników w drużynie. Popróbowałem wiec z nimi na treningach, szło mi nieźle i wzięli mnie do drużyny. Okazało się, ze idzie mi bardzo dobrze i zająłem wysokie miejsca w turniejach towarzyskich. W pierwszym sezonie ominęło mnie wiele eliminacji i nie awansowałem do żadnych ważnych rozgrywek.

Jasiek startował wtedy w Jasol Racing, drużynie, która liczyła się w rozgrywkach ligowych w pierwszym sezonie ISQ. Jak mówi, jednym z jego najbardziej zapamiętanych wydarzeń z tego okresu kariery jest mecz z końcówki sezonu z QST Kamrati – ta drużyna wałczyła wtedy o zwycięstwo w lidze (i dopięła swego!), a w meczu z Jasol Racing w ostatnim biegu stracili zwycięstwo po zwycięstwie właśnie Jaśka. - Chyba od tamtego meczu mój nick zrobił się rzeczywiście bardziej popularny. W sumie nic dziwnego.

W „lidze polskiej” dwukrotnie startował w finale IM ISQ i dwukrotnie zwyciężał. Jak dotąd nie udało się tego powtórzyć żadnemu z obecnych „wielkich”. Zdobył również Grand Prix, mimo, że jedne zawody musiał opuścić – w ostatnim turnieju konsekwentnie punktując udało mu się wyprzedzić prowadzącego wcześniej Chrisa. Jasiek trzykrotnie posiadał najwyższą średnią biegową w lidze. Dodatkowo po podziale ligi jeszcze raz sięgnął po tytuły IM i GP, ale już pod inną banderą. Właśnie finały Indywidualnych Mistrzostw ISQ wryły się w pamięć najmocniej. A ja, zamiast je opisywać, po prostu oddam głos samemu ich bohaterowi – tak będzie najlepiej:

- W IM ISQ miałem tak, ze w pierwszym finale szedłem łeb w łeb z Santosem po zwycięstwo i po trzech seriach byliśmy niepokonani. Trafiliśmy na siebie w czwartej serii, cos przekombinowaliśmy i wyszło tak, ze ja zdobyłem 1 punkt, a on 0. On startował jako pierwszy i wygrał. Mnie czekał start w 20, ostatnim biegu, za przeciwnika miałem m.in. Mamę z Kamrati. Gdyby Mama wygrał, a ja bym zdobył dwa punkty, to mielibyśmy baraż z udziałem trzech zawodników z 12 punktami. Zamiast tego wygrałem ja, a Mama przywiózł 0 i mogłem świętować swój pierwszy tytuł.

Drugie IM ISQ było mniej dramatyczne. Zgubiłem punkt na początku w pierwszym starcie z Bleemkiem, potem jednak jechałem bezbłędnie. Po czterech seriach miałem 11 punktów, za mną byli AdasZKZ i Bleemek – obaj po 10. W pamięci najlepiej utkwił mi 17 bieg, kiedy Staleczkaaa ze Speedway Friends próbował się podłożyć Bleemkowi. Na pytanie o pierwsze zawody żużlowe napisał “Kings Oak Bleemek pisz”, aby ten zdążył spisać i zdobyć 3 punkty. On sam jednak spisał te odpowiedz znacznie szybciej i zdobył 3 punkty, Bleemek zaś 2. Swój ostatni start miałem powtarzany, wygrałem bez problemu i z 14 punktami świętowałem drugi tytuł. Adas był drugi, Bleemek trzeci.

Trzeci finał – ten po podziale – był dość dziwny. Ubyło sporo dobrych zawodników, wiec powinienem wygrać łatwiej, tymczasem po dwóch startach miałem zaledwie 2 punkty. Wydawało się wiec, ze zostanę zdetronizowany. Okazało się jednak, ze moi rywale w kolejnych seriach cały czas gubili punkty i w efekcie po wygraniu 18 biegu z 11 punktami świętowałem kolejny tytuł.

Obecnie z quizie jest kilku zawodników, którzy w ISQ są od samego początku, lub niewiele krócej. Zapytałem Jaśka o trzech, którzy mi się narzucili, czyli o Aszotka (obecnie Radka), Kaioha i Ravlita. Dobrze trafiłem z doborem, bo skojarzył wszystkich, choć szczególnie jego opinia o Kaiohu zmusza mnie osobiście do refleksji – albo Jasiek źle go zapamiętał, albo Kaioh po latach diametralnie się zmienił: - Pamiętam całą trójkę. Aszotka jeszcze z czasów, gdy ligi nie było i gdy organizowane były wspomniane parowe wyścigi na czacie Polchat. Kaioh, zbieracz wieczek po jogurtach, zapamiętał się jako mega spisywacz. RavLit dołączył do ligi nieco później, ale wydawał się być całkiem niezły.
Pytałem się również innych, którzy Jaśkowi najmocniej zapisali się w pamięci, a których ja sam w większości niestety nie mogę pamiętać z torów ISQ: - Było kilku takich, którzy utkwili mi w pamięci. Bez wątpienia rzeszowianin Raven, świetny zawodnik, któremu brakowało szczęścia w najważniejszych imprezach. Również AdasZKZ, kolega z drużyny RKS Hetman, wicemistrz ISQ. Pamiętam Santosa, Mareckiego, Zmleszno i oczywiście kontrowersyjnych Jaszczura i jego kuzyna The Limpa. Nie można tez zapomnieć Tomasa, byłego adepta szkółki żużlowej w Gdańsku, z którym wspólnie prowadziłem RKS Hetman i z którym poprowadziliśmy “ligę angielska” po rozbiciu. W późniejszej fazie pamiętam Lorama z Tarnowa i Kaspera z Rzeszowa – obaj bardzo szybcy, bardzo dobrzy.

Młodsi stażem quizowicze czytając ten quasi-felieton mogą się zacząć zastanawiać: „Jaka liga angielska? O co tutaj chodzi?”. A zatem pokrótce spróbuję powiedzieć, o co chodzi, oddając później głos bohaterowi. Otóż po sezonie 03 nastąpił rozłam w ISQ – utworzyły się dwa obozy, jeden kontynuował swoje dzieło, a drugi stworzył swoje własne rozgrywki. Jasiek był jednym z rozłamowców „wyklętym” z naszej ligi. Wiem, że opinie na temat rozłamu wśród wówczas zaangażowanych są dosyć skrajne, jednak sam Jasiek opisuje po latach wydarzenia ze swojego punktu widzenia w sposób stonowany:

- Moim zdaniem wina leżała po obu stronach. Z jednej strony bezkompromisowy, narzucający swoje zasady i nieprzyjmujący sprzeciwu Misiek, z drugiej strony niektórzy nieco krewcy gracze, którzy chcieli się rzucać dla zasady i tez kompromisu nie szukali. Ponieważ Misiek nie liczył się praktycznie z niczyim zdaniem i wyrzucił kilku zawodników z gry (zaczęło się chyba od niejakiego Jaszczura), dołączyłem do buntowników i stworzyliśmy ligę angielska. Potem doszło do konfliktu, gdy Misiek stworzył czarna listę (na której znalazłem się również i ja) zawodników, którzy nie mogli startować w lidze polskiej (czyli prowadzonej przez niego). Nasza odpowiedz była podobna. Z czasem jednak zaczęło się to luzować, może dlatego, ze Misiek wycofał się z ISQ. Było pewnie jeszcze więcej niuansów związanych z tym podziałem, ale po prostu juz wielu rzeczy nie pamiętam, nie maja dziś dla mnie znaczenia. W każdym razie on ma chyba do dziś żal o tamten podział. Chciałem się dodać do jego znajomych na jednej z ’social website’, odrzucił moje zaproszenie.

Myślę, że co do jednego zgadzają się dziś obie strony – tamten podział był początkiem końca silnego ISQ. Zabawa zaczęła się przejadać, wielu zawodników rezygnowało. W końcu zrezygnowałem i ja, jakoś tak w pierwszej połowie sezonu 5. Zmęczyła mnie m.in. różnica czasowa miedzy Polska i Australia. Musiałem czasem wstawać o 5 rano, aby pojechać zawody, do tego doszły różne dziwne kombinacje z podpasowywaniem pytań pod zawodników, handlem pytaniami i parę innych rzeczy. Prowadziłem ligę przez jakiś czas jako działacz, ale w końcu i działacze zaczęli się wykruszać. Nowi natomiast jakoś niespecjalnie chcieli się angażować i tak powoli to upadało. Nawet nie wiem, czy liga angielska do dziś istnieje, czy też może dziś znów się obie połączyły.

Postanowiłem pociągnąć temat działalności Jaśka w ISQ w innej roli, jak tylko zawodnika. Był sędzią i działaczem – i sporo mógłby również na ten temat opowiadać… Mnie samego zaciekawiło to choćby z tego powodu, że pomagałem Jaśkowi w reaktywacji ligi angielskiej jakieś dwa lata temu, ale niestety nic z tego nie wyszło:

- Wydaje mi się, ze początki jako działacz ISQ miałem jeszcze przed podziałem. Nie jestem jednak pewien, jaka to byłą funkcja i czy rzeczywiście zaliczało się to do pracy działacza. Na pewno byłem sędzia i to regularnie. Zapamiętali mnie szczególnie zawodnicy QST Kamrati (którzy wielokrotnie w historii ISQ pokazali, ze nie umieją przegrywać), którzy po jednej z moich decyzji, która pozbawiła ich zwycięstwa w meczu, blokowali moje skrzynki e-mailowe (tu ukłony w kierunku pana o ksywce Mama, który był autorem tego wyczynu). Z cala pewnością tez byłem organizatorem kilku turniejów. W roli działacza tak naprawdę zadebiutowałem po podziale, głównie za namowa Tomasa, ówczesnego trenera RKS Hetman, jednego z głównych buntowników. Wspominam to bardzo milo, byliśmy bardzo zgrani, wielu znakomitych ludzi wtedy poznałem. Działaczem pozostałem nawet po zakończeniu kariery w połowie sezonu 05.

Za największy sukces uważam, że pokazaliśmy, że nie jesteśmy w niczym gorsi od Miśka i jego świty. Powstała niezwykle popularna liga, która przyciągnęła wielu zawodników. Za porażkę uważam, ze nie udało nam się wychować następców – działaczy. Niestety, każdy chciał jeździć, ale nikt nie chciał układać pytań, czy dołączyć się do organizowania ligi (poza nielicznymi wyjątkami). Efekt był taki, ze sędziowie handlowali pytaniami, niektóre z nich powtarzały się na prawie każdych zawodach. W końcu po jednym z sezonów (06 albo 07) dałem sobie spokój. Podobnie zrobili inni działacze, bo ileż można było wszystko robić samemu?

Jasiek obecnie nie wie, że liga jest już jedna, ba – nie wiedział nawet, że ISQ nadal istnieje i ma się całkiem przyzwoicie. Obecnie mieszka w dalekiej Australii i ze speedwayem ma kontakt raczej sporadyczny, choć nadal udziela się choćby na polskich forach żużlowych, dzięki czemu mógł powstać ten artykuł: - Nie mam okazji być za często na zawodach żużlowych, ale od czasu do czasu na nich bywam. Ostatnio w moim stanie żużel akurat ma się gorzej, a na zawody trzeba jechać kilkaset kilometrów, więc sobie odpuszczam. Mam inne zajęcia, ożeniłem się, kupiłem mieszkanie, mam dobra prace w firmie dystrybuującej sprzęt komputerowy. Wyjazd do Australii był świetnym wyborem. Jest pewne, że zostanę tu na stałe, zresztą mam tutejsze obywatelstwo i tu jest teraz mój dom.

Zapytałem również, czy „nie ciągnie wilka do lasu” i czy nie chciałby czasem sprawdzić, czy coś jeszcze pamięta z czasów, gdy był w ścisłej czołówce ISQ. Jednak u byłego zawodnika, w pełni spełnionego, mającego już dorosłe życie, odpowiedź jest negatywna: - Myślę, ze chyba nie. Może dlatego, ze żużel nie bawi mnie juz tak jak kiedyś, a w samym ISQ osiągnąłem wszystko, co było do zdobycia. Nie śledzę w ogolę wyników ISQ, nawet nie wiedziałem, ze dalej istnieje. Śledzę natomiast wyniki GP na żużlu i ligi polskiej, czasami spoglądam na szwedzką i angielską. Niezwykle cieszy mnie, ze wygrywają tak bliscy mojemu sercu Australijczycy. Nawet jak próbowałem podpuścić go, czy nie dałby się namówić na start w jakimś towarzyskim turnieju dla rzeszowian, również nie był tym zbytnio zainteresowany – ale sam mogę obiecać, że gdybym taki turniej zorganizował, to Jaśka na udział namawiać będę.

Ale wracając jeszcze do kariery Jaśka w ISQ. Chciałem na sam koniec przytoczyć jedną z jego historii, które mnie, jako kibica rzeszowskiej Stali, najbardziej zaciekawiła. Otóż dawno temu Liga Miast miała dużo większą renomę niż dzisiaj, gdzie w czasie wakacji te rozgrywki są zapychaczem czasu. Kiedyś na mecze stawiały się najsilniejsi zawodnicy z danego miasta, co obecnie jest raczej rzadkością. Parę lat temu Jasiek reprezentował w niej właśnie barwy drużyny z Rzeszowa. Właśnie z Ligą Miast i rzeszowską ekipą wiąże się najbardziej wryty w jego pamięć mecz: - Niezapomnianych emocji dostarczył mi mecz Ligi Miast pomiędzy Rzeszowem i Tarnowem. Nie pamiętam już w jaki sposób, ale niezbyt dobry wówczas Tarnów prowadził z Rzeszowem przez większość meczu. W końcu jakoś wyrównaliśmy na 42-42 i czekał nas ostatni wyścig. Na starcie stanął m.in. świetny tego dnia Loram, który wcześniej dwa razy ze mną wygrał. Jakie padło pytanie, nie pamiętam, ale wiem, ze w ostatnim biegu byłem najszybszy, do tego mój kolega z pary Monis był drugi i w efekcie wygraliśmy 47-43. Tarnowianie przeżyli wielkie rozczarowanie, niektórzy na czele z Loramem pisali na czacie i później na forum, ze po tym biegu chciało im się płakać, a może nawet, ze niektórym z oczu popłynęły łzy. .

Samemu ciężko mi oceniać cokolwiek z Jaśkowych słów dotyczących rozłamu, gdyż samemu nigdy z nim się nie ścigałem i czasów jego kariery nie mogę pamiętać. Mam z nim kontakt poprzez forum kibiców Stali Rzeszów i również tam jest przez ogół postrzegany negatywnie. Został Australijczykiem, znalazł swój dom daleko od Polski, często krytykuje nasz kraj – za co w internetowym społeczeństwie jest piętnowany. Ja jednak bardzo lubię czytać jego posty – Jasiek owszem, często ma inne poglądy, ale nigdy nie widziałem, by w sposób bezpośredni atakował kogoś czy obrażał. Taki można powiedzieć cynik z klasą. A zawsze pisze ciekawie.

Osobiście raczej wierzę w to co mówi o rozłamie – niejednokrotnie widziałem na forum bardzo skrajne opinie odnośnie rozłamowców pisane przez ówczesne władze ligi i ludzi z nią związanych, a Jasiek ponownie wyraża swoją opinię w sposób wyważony. Pewnie stąd przychylam się do jego wersji wydarzeń, która zresztą brzmi dość sensownie.
A może to jakaś moja nieobiektywność, wynikająca z dobrego kontaktu z Jaśkiem? Albo z moich fascynacji teoriami spiskowymi? Tego nie wiem – ale każdy ma swój rozum i samemu może wyciągnąć odpowiednie wnioski.